-

MarekBudzisz

Rosja nie połknie Białorusi, bo chce czegoś innego – większego.

Rosja przygotowuje się do połknięcia Białorusi. Takie generalne przesłanie odczytać można w większości komentarzy w polskich mediach, zarówno drukowanych, jak i internetowych, poświęconych ostatnim wydarzeniom na linii Moskwa – Mińsk.

Bo rzeczywiście emocji jest sporo, a temperatura dyskusji znacznie wzrosła. Tym bardziej, że z grubej rury wystrzelili po obu stronach umownej granicy. Najpierw premier Miedwiediew oświadczył, a właściwie przypomniał, że jeśli Białoruś chce niższych (czytaj specjalnych) cen na rosyjskie węglowodory, to warto przyspieszyć integrację w ramach dawno zapomnianego już projektu wspólnego państwa federacyjnego. Potem do tych głosów dołączył się rosyjski wicepremier i minister finansów Siulianow mówiąc, że przez białoruską granicę wiodą szlaki kontrabandy do Rosji, a Mińsk generalnie dobrze zarabia na omijaniu rosyjskich sankcji, które Moskwa wprowadziła w ramach retorsji wobec polityki Zachodu. Dodał przy tym, że dobrze by było gdyby na granicy Białorusi z państwami nie wchodzącymi w skład Unii Euroazjatyckiej znaleźli się rosyjscy celnicy oraz to, że nadeszła pora aby przemyśleć ideę wspólnej waluty. Temperaturę dyskusji podniósł też białoruski prezydent, który najpierw przypomniał, że na wprowadzanym przez Moskwę „manewrze podatkowym” w zakresie opodatkowania węglowodorów jego kraj straci w nadchodzących 6 latach nie mniej niźli 10 mld dolarów, później zwołał nadzwyczajną tajna naradę najwyższych białoruskich władz, po której powiedział, że „Białoruś nie przehandluje niepodległości” oraz, że teraz o Rosjanach będzie mówił jako o „partnerach”, a nie jak zawsze „o bratnim narodzie”, bo to ostatnie określenie nie wszędzie (czytaj w Moskwie) jest dobrze widziane.

I wreszcie w Wigilię do Moskwy przyleciała białoruska delegacja państwowa w najsilniejszym składzie na czele z Łukaszenką, która spotkała się z podobną „mocną grupą” z Rosji. Putin i Łukaszenka udali się na 3 godzinny roboczy obiad, a delegacje na robocze rozmowy. Jeszcze przed ich rozpoczęciem Putin powiedział, że zaprasza Białorusinów na przednoworoczny obiad, co w Rosji dało asumpt do snucia spekulacji na temat istoty planów Kremla. Od razu rozwiejmy wątpliwości – kilkugodzinne rozmowy, jak oświadczył rzecznik Kremla, Pieskow, nic nie dały, ale jeszcze przed nowym rokiem należy spodziewać się kolejnej tury. Innymi słowy piłka jest nadal w grze.

Spekulacje w Rosji w związku z przednoworocznym obiadem w którym uczestniczyć ma Putin związane są z historią, bo niemal 20 lat temu przy podobnej okazji prezydent Jelcyn poinformował o swoim ustąpieniu, przedterminowych wyborach oraz o tym kogo namaścił na swego następcę. I teraz obserwatorzy oczekują podobnych rewelacji, tak jakby lokator Kremla związany był, chyba z sentymentalnych powodów, podobną okazją. Dodatkowo powodów do myślenia dało ostatnie wystąpienie spikera rosyjskiej Dumy Wołodina, który zaproponował 25 grudnia w trakcie spotkania z Putinem rozpoczęcie prac nad nowelizacją rosyjskiej konstytucji, która niedługo będzie miała już 25 lat. Wcześniej w podobnym duchu wypowiedział się prezes Sądu Najwyższego Zorkin, a także parlament Czeczenii, który w specjalnym wystąpieniu zaapelował, aby zlikwidować konstytucyjny zapis ograniczający liczbę kadencji prezydenckich, jakie może sprawować jedna osoba. Zaraz po rosyjskich wyborach prezydenckich w podobnym duchu wypowiadał się Władimir Żyrinowski, który postulował stworzenie, trochę na wzór późnego ZSRR, instytucji kolektywnej głowy państwa, wybieranej nie w wyborach powszechnych, a pośrednich, na czele której dożywotnio (w praktyce) mógłby stać Władimir Putin. To co się dzieje w relacjach z Białorusią wpisuje się w te spekulacje, bo zdaniem wielu obserwatorów, nie ma lepszej okazji do napisania rosyjskiej konstytucji na nowo, jak powstanie wspólnego organizmu państwowego, a wiadomo, że nowe państwo musi mieć, nową własną konstytucję. Trochę do myślenia dały obserwatorom słowa Putina, który zaraz po wyborach prezydenckich powiedział, że nie myśli o zmienianiu konstytucji, ale ostatnio nie wypowiadał się już tak stanowczo, mówiąc, że nie może być ona „skostniałym tworem”.

Spekulacje związane z wchłonięciem przez Rosję Białorusi są być może efektowne, ale w moim odczuciu dość chybione, bo nie uwzględniają odpowiedzi na jedno, ale za to podstawowe pytanie, po co Rosja miałaby to robić? W rosyjskich mediach można zetknąć się z poglądem, wartym przytoczenia, iż otwarte postawienie przez premiera Miedwiediewa „kwestii integracyjnej” obliczone było nie na wywołanie entuzjazmu na Białorusi i uzyskanie zgody Mińska na pogłębienie integracji w ramach wspólnego państwa ale na stanowisko zgoła przeciwne. Rosjanie wiedzieli, że Łukaszenka i białoruskie elity nie zgodzą się na to. I w efekcie takie stanowisko uzyskali. Mają teraz wolną rękę – z jednej strony zaoszczędzić mogą niemałą część marży przechwytywaną przez Białoruś, co w związku z niepewną sytuacja na rynku ropy naftowej (nadzorujący sektor minister Nowak w swym ostatnim wywiadzie prasowym mówił, że nie można planować w perspektywie dłuższej niźli kilka miesięcy) ma znaczenie, ale przede wszystkim chodzi im o celne uszczelnienie granicy. Nie dlatego, że dolegliwość kontrabandy jest tak wielka, że już dłużej nie można na to przymykać oczy. Warto też zwrócić uwagę na to, że z podobnymi żądaniami, tym razem pod adresem Kirgistanu, wystąpił w ostatnich dniach Kazachstan. Tam z kolei podnosi się dolegliwość kontrabandy z Chin, ale proponuje tożsame rozwiązanie – celnicy rosyjscy i kazachscy powinni się pojawić na zewnętrznej granicy Unii Euroazjatyckiej. Trzeba też zauważyć jak Mińsk argumentuje swe pretensje do niższych cen rosyjskiej ropy – powołując się na zasady, które mają panować na wspólnej przestrzeni gospodarczej państw tworzących Unię Euroazjatycką. A zatem Rosji już udało się narzucić dyskurs w tym względzie – o potrzebie pogłębienia integracji, ale nie dwóch państw a całej Unii.

Jest to dość zasadnicza różnica. Rosja nie dąży do połknięcia Białorusi, ale w oczywisty sposób naśladuje Unię Europejską, proponując pogłębienie współpracy w ramach stworzonej przez siebie Unii Euroazjatyckiej. W takiej konstrukcji suwerenność wchodzących w jej skład podmiotów nie jest zagrożona, nie potrzeba uzyskiwać zgody lokalnych elit, a w obliczu dominacji rosyjskiej gospodarki nie ma zagrożenia, że jakaś „liga oporu” zostanie skonstruowana. W Rosji można spotkać się też z poglądem, że to na czele takiej silniej zintegrowanej Euroazji, stanąć może Władimir Putin. Też naśladując mechanizmy europejskie, bo przecież przewodniczący Unii nie jest wybierany w wyborach powszechnych.

Warto zwrócić uwagę na wydarzenie które nie jest tak szczegółowo omawiane, bo nie jest też tak malownicze jak medialne dyskusje między Rosją a Białorusią dotyczące cen eksportowanych rosyjskich węglowodorów. W Moskwie właśnie poinformowano, że 5 państw wchodzących w skład sojuszu militarnego ODKB (Białoruś, Rosja, Kazachstan, Tadżykistan i Kirgistan) zgodziło się, że sekretarzem generalnym organizacji będzie stojący na czele białoruskiej Rady Bezpieczeństwa Stanisław Zaś. Jego kandydaturę blokuje Erywań, domagający się aby to kandydat z tego kraju dokończył kadencję. Sprawa nie jest jeszcze przesądzona, ale wiele na to wskazuje, że to Mińsk a nie Erywań będą mogli mówić o sukcesie. Ostatnie decyzje zapadną 27 grudnia, w trakcie spotkanie w Moskwie Putin – Paszynian. Jednak już teraz warto zauważyć, że procedura uzyskiwania poparcia przez Zasia związana była z obowiązkiem odbycia przez niego spotkań z głowami wszystkich państw wchodzących w skład aliansu. 18 grudnia spotkał się on z Putinem, który w imieniu Rosji poparł jego kandydaturę. Jedynie władze Armenii poinformowały, że nie widzą potrzeby spotykania się z kandydatem Białorusi. Rozmowy ormiańsko – rosyjskie w Moskwie są ważne z jeszcze jednego powodu. Otóż jak niedawno mówił w wywiadzie prasowym minister Ławrow, Moskwa zaniepokojona flirtem Erywania z państwami Zachodu oraz z Turcją, chce przeforsować porozumienie, w myśl którego bez zgody stron umowy (a zatem i Rosji) żadne obce wojska nie mogą przebywać na terytorium porozumiewających się stron. Gdyby Armenia zdecydowała się na podpisanie tego dokumentu to nie tylko Moskwa dostawała by narzędzie blokowania niepożądanych z jej punktu widzenia decyzji Erywania (pamiętajmy, że Rosjanie mają w Giurmi swą bazę), ale również mogłaby wpływać na kształt ewentualnego kompromisu w sprawie Górskiego Karabachu, bo jakikolwiek kontyngent sił rozjemczych, bez którego się nie obejdzie, musiałby być z nią uzgadniany.

Wydaje się, że między Moskwą a Mińskiem nie ma fundamentalnych sporów, tym bardziej sporów o geopolityczna orientację. Bo gdyby było inaczej, to przedstawiciel Białorusi, raczej nie dostałby pozytywnej rekomendacji na Kremlu. Rosja zwiększa presję ekonomiczną, bo z jednej strony musi liczyć się z ograniczeniami własnych możliwości, z drugiej zaś zależy jej na wzmocnieniu lekceważonej Unii Euroazjatyckiej. Spodziewany transfer władzy w Kazachstanie, w związku z podeszłym wiekiem prezydenta Nazarbajewa może jej ten proces ułatwić. Mielibyśmy wówczas do czynienia z dwugłowym tworem – gospodarczym (Unia) i wojskowym (ODKB), zdominowanym przez Rosję, który przypominałby do pewnego stopnia ZSRR. Innymi słowy „największa geopolityczna katastrofa XX wieku”, jak w swym słynnym wystąpieniu w Monachium prezydent Putin określił rozpad ZSRR, zostałaby w pewnym stopniu odwrócona.



tagi:

MarekBudzisz
26 grudnia 2018 14:23
4     1118    14 zaloguj sie by polubić
komentarze:
smieciu @MarekBudzisz
26 grudnia 2018 17:32

... po co Rosja miałaby to robić?

No właśnie? Ok. Dalszy wywód mówiący o wzmocnieniu Uni Euroazjatyckiej jest w porządku. Tym bardziej że bardzo dobrze wpisuje się w globalny trend stworzenia kilku raptem światowych bloków politycznych.

Mimo wszystko jednak takie medialne naciski na Białoruś wydają się być zbędne gdyż przecież chyba można wszystko załatwić spokojniej, w zaciszu gabinetów. Tworzenie napięcia wydaje się być niepotrzebne. W takim kontekście innym wytłumaczeniem wydaje się być właśnie potrzeba nadania medialnego szumu pt. „Rosja buduje Unię, wraca do koncepcji ZSRR”. Tak by projekt ten wydawał się być bardziej serio niż jest/będzie w istocie. Bo jeśli Putin naprawdę, zdecydowanie i na serio miałby się wziąć za coś takiego to przecież dużo lepiej robić to po cichu.

Być może jednak właśnie projekt ten ma być raczej z gatunku wojny na Ukrainie. Bardziej medialny niż rzeczywisty. Ot że Putinek wraca ze swoimi rakietami do prawdziwej geopolityki. Efekt miałby wtedy polegać nie tyle na zwiększeniu integracji a na zwiększeniu napięcia gdzie owa integracja byłaby jedynie pretekstem. Czyli że Putin bierze się za odbudowę ZSRR i że to nie przelewki.

Taki przekaz, takie napięcie można w dalszej kolejności wykorzystać na różne sposoby. I na polu wewnętrzym: „Rosjanie, patrzcie się, Prezydent wziął się wreszcie do roboty, wracamy do starych dobrych rozwiązań”, oraz na polu zewnętrznym, przez innych: „Putin postępuje coraz bardziej agresywnie, dążenia do przywrócenia ZSRR mogą doprowadzić do destabilizacji światowego prządku”.

Co jak się wydaje jeszcze lepiej wpisywałoby się w światowe trendy sugerujące zwiększanie światowego napięcia przed decydującym, globalnym rozwiązaniem.

zaloguj się by móc komentować

tomciob @MarekBudzisz
26 grudnia 2018 23:15

Witam.

Ciekawa analiza lecz ja mam dwa pytania. Jedno związane z notką a drugie poza tematem. Jeśli już, załóżmy to, uda się powstrzymać kontrabandę na granicy Unii Europejskiej i Białorusi, tę która potem trafia do Rosji, to co Rosjanie w zamian za nią będą jedli? Bo przecież głównym składnikiem tej kontrabandy są produkty rolno-spożywcze. Jak mogą być one zastąpione i dostarczone do Rosjan którzy jeść, tak jak my, muszą?

Drugie pytanie jest o kryzys w Syrii, a dokładniej o wycofanie się Amerykanów z Syrii. Gen. Mattis mimo, iż już w styczniu zostanie zastąpiony, podpisał stosowny rozkaz. Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Z poprzedniej notki wiemy, że Putin nie wierzy w tę deklarację. Teraz powstaje pytanie. Jak jest naprawdę? Jeśli Amerykanie mają zamiar, a może już rozpoczęli faktycznie to wycofywanie to natychmiast powstaje kilka pytań. Kto będzie reprezentował faktyczne interesy amerykańskie (czytaj izraelskie) w Syrii? Turcja? Jak zareagują na to Rosjanie? Co dalej z zagrożeniem Irańskim odnośnie Izraela? Jest realne czy wydumane? Co z Irakiem? A w kontekście amerykańskiego odwrotu z Syrii: co z Europą Środkowo-Wschodnią, mam na myśli Polskę, Rumunię, Ukrainę? Problem Białorusi bowiem jest problemem kontekstu amerykańskiej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej. Wiemy iż Białoruś, Bułgaria i Serbia prezentują raczej prorosyjski punkt widzenia. Węgry stoją niejako w rozkroku, czyli się wahają. Ukraina wydaje się być po stronie amerykańskiej. a Turcja? No właśnie co z Turcją, która kontroluje zarówno basen Morza Czarnego, sytuację polityczną w Iraku (zlewnie rzek - woda) jak i sytuację w północnej Syrii. Niedawno miało miejsce ostre spięcie Netanjahu i Erdogana. Wycofanie się Amerykanów z Syrii, jeśli jest decyzją realną i zostanie wykonane, stwarzą zupełnie nową i wyjątkową sytuację na BW i zupełnie nowy kontekst geostrategiczny na styku Europy, Afryki i Azji.

Pozdrawiam

zaloguj się by móc komentować

tomciob @MarekBudzisz
27 grudnia 2018 13:23

A więc w Iraku Amerykanie jednak zostają.

http://zw.lt/swiat/trump-z-wizyta-w-iraku-nie-planuje-wycofywac-stad-sil-usa/

Ciekawe co z Jemenem?

zaloguj się by móc komentować

Slepowron @MarekBudzisz
28 grudnia 2018 00:59

Istotnie doskonale pytanie - po co Rosja mialaby to robic?

Nalezy je zadac zanim zacznie sie ulegac nastrojom zagrozenia inwazja Rosji na Polske dosc intesywnie serwowanym.

I drugie po co - komu i po co budowanie takiej atmosfery zagrozenia mialoby sluzyc?

Wizje odbudowy sowieckiej strefy wplywow przez Rosje droga jakiejs formy inwazji militarnej, jaka zdawala sie wylaniac z dotychczasowych tekstow autora, ktore do tej pory czytalem, ten komentarz dosc drastycznie rewiduje.  Wrecz jej zaprzecza.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować