-

MarekBudzisz

Sprawa Iwana Gołunowa, czyli o politycznej sprawności ludzi Putina.

Rosyjskie władze musiały w ostatnich dniach poradzić sobie z jednym z najpoważniejszych kryzysów wewnętrznych ostatnich lat. Mam na myśli, oczywiście sprawę dziennikarza śledczego Iwana Gołunowa, którego zatrzymano w ubiegły czwartek pod zarzutem handlu i produkcji narkotyków. Sama sprawa jest już dość dobrze opisana i nie ma chyba sensu nadmiernie się na jej temat rozpisywać. Ale przypomnijmy podstawowe fakty. Gołunowa zatrzymano w czwartek, odmówiono mu możliwości rozmowy z adwokatem (przez kilkanaście godzin), w trakcie zatrzymania poturbowano go nieco, z opóźnieniem zawieziono do lekarza, który jednak bardziej ufał słowom śledczych i nie dopatrzył się niczego zagrażającego zdrowiu zatrzymanego dziennikarza. Zarzuty jakie mu postawiono były poważne – w takich sprawach kara w Rosji wynosi od 10 do 15 lat więzienia i niemal zawsze dostaje się sankcję i trafia przed procesem do aresztu. Jedna z liberalnych moskiewskich gazet obliczyła, że tylko w kilku promilach przypadków ci, którzy mają zarzuty z tego samego artykułu kodeksu karnego nie siedzą. W Rosji jest tez co najmniej kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset przypadków dość podejrzanego formułowania oskarżeń z tego tytułu, i tak się składa, że często „handlarzami narkotyków” okazują się ludzie niewygodni dla władz.

Przyjaciele i znajomi Gołunowa zaraz podnieśli alarm i już następnego dnia udało im się podważyć część narracji władz. Otóż służby dochodzeniowe opublikowały po jego zatrzymaniu zdjęcia mające, ich zdaniem, pochodzić z mieszkania dziennikarza, które przedstawiały aparaturę do produkcji syntetycznych narkotyków. Dziennikarze udowodnili, publikując zdjęcia w sieci, że mieszkanie, mające być rzekomo mieszkaniem dziennikarza wcale nim nie jest. I rzecznik prasowy organów ścigania musiał przyznać, że „nastąpiła pomyłka”. Ale to przyznanie się do winy, oraz aktywność środowiska zaczęła już robić swoje. Okazało się, że sprawa nawet jak na rosyjskie standardy jest szyta grubymi nićmi, a w winę dziennikarza mało kto wierzy. Co ciekawe, już w piątek i sobotę zyskał on obrońców w osobach, o których nie myślelibyśmy nigdy, iż są w stanie wystąpić z najmniejszym słowem krytyki wobec władz. Na przykład Margarita Simonian, kierująca propagandową tubę Kremla, telewizją Russia Today i portalem Sputnik, wezwała władze do zbadania sprawy, bo związanych z nią jest „wiele pytań”. Zaczęli protestować, i to publicznie, prowadzący państwowych kanałów telewizyjnych, nawet, choć nie od razu, do protestów przyłączyła się rzeczniczka rosyjskiego MSZ-u Zacharowa. W Petersburgu kończyło się wówczas kolejne Forum Gospodarcze w trakcie którego atmosfera również była dość gorąca, choć nie związana z Gołunowem, tylko z innym głośnym więźniem ostatnich miesięcy – prezesem funduszu Baring Vostok, Michaelem Calveyem. Polecam uwadze zainteresowanych relację, którą znaleźć można w sieci, z roboczego śniadania organizowanego przez Sbierbank. Uczestniczyło w nim kilkadziesiąt osób, prezesów największych rosyjskich firm (w większości państwowych, z prywatnych był tylko właściciel Tinkoff Banku), członków rządu, deputowanych. Jednym słowem rosyjska elita. I napisać, że dyskusja było ożywiona to nic nie napisać. Niektóre wystąpienia (np. szefa komisji finansów Dumy) przepełnione były wściekłością, czy nawet nieskrywaną niechęcią adresowaną do siedzących na sali przedstawicieli rządu, w tym wypadku ministra rozwoju gospodarczego Orieszkina. Jaki był powód takich emocji? Przekonanie, że kraj stoi w miejscu, gospodarka się nie rozwija, konkurenci uciekają a władze nie mają żadnych recept na rozwiązanie sytuacji. Ale w tych nieskrywanych emocjach było też coś nieuchwytnego, egzystencjalnego wręcz, tak jakby rosyjskiej elicie groził wybuch głuchego i destrukcyjnego buntu, który wszystko zmiecie. I niektórzy z przedstawicieli tej elity oskarżają innych, że przez swą nieudolność sprowadzają zagrożenie na wszystkich.

Na marginesie warto zauważyć, że do Petersburga, a jest to największa gospodarcza impreza w Rosji, nie przyjechał premier Miedwiediew. Zamysłem władz było wykorzystanie petersburskiego Forum celem przedstawienia sojuszu rosyjsko – chińskiego, tego, że z zarówno z punktu widzenia współpracy gospodarczej, ale również politycznie wchodzi on na wyższy, bardziej zaawansowany poziom. Ale w opinii relacjonujących kongres mediów gospodarczych ten zabieg się nie udał, bo większość przedsiębiorców chciała rozmawiać, i w kuluarach rozmawiała tylko o jednym – o słabych perspektywach wzrostu gospodarczego i o tym, że Rosja, która jest kontrolowana przez ludzi w mundurach jest przez nich spychana w przepaść. Opublikowano nawet specjalną ankietę, uczestnicy której, a była to zdecydowana niemal 90 % większość, uznali, że bezprawie które swymi działaniami wprowadzają siłowicy jest głównym zagrożeniem dla rosyjskiego biznesu.

I na taką atmosferę nałożyło się aresztowanie Gołunowa, którego obrońcy od początku głośno twierdzili, że jest on niewinny i padł ofiarą spisku ludzi w mundurach. W efekcie, jak ujawniono, pod względem zainteresowania opinii publicznej (na podstawie statysty serwisów społecznościowych i wyszukiwarek) jego sprawa przebiła zdecydowanie wszystkie inne, w tym tak ważne dla władz, jak wspólne wystąpienie prezydentów Rosji i Chin.

Jednak myliłby się ten, kto sądziłby, że było to dla władz zaskoczeniem. Już w sobotę, jeszcze przed posiedzeniem sądu, który miał decydować czy aresztować dziennikarza odbyły się poufne konsultacje zastępców mera Moskwy Sobianina z nieformalnym komitetem dziennikarzy broniącym Gołunowa. Świadczy to dobrze zarówno o sprawności (kontakty), jak i elastyczności rosyjskiego obozu władzy. A trzeba pamiętać, że Sobianin to jeden z kilku najbliższych Putinowi ludzi (rosyjscy politolodzy niemal zawsze zaliczają go do pierwszej dziesiątki najbardziej wpływowych). I w trakcie tych rozmów postanowiono, że dziennikarz nie zostanie w więzieniu, ale znajdzie się w „areszcie domowym”. I takie postanowienie podjął sąd.

W tym czasie trwały już w Moskwie jednoosobowe pikiety przed budynkiem sądu ludzi, którzy domagali się uwolnienia dziennikarza. Chętnych aby w nich stanąć było tak dużo, że musieli ustawiać się w kolejce.

Jak można przypuszczać to ustępstwo ze strony władz, tylko przyspieszyło narastanie fali sprzeciwu. Przybrał on już zupełnie jawny charakter kiedy w poniedziałek stała się w Rosji rzecz bez precedensu. Trzy najważniejsze dzienniki ekonomiczne – Kommiersant, Wiesti oraz RBK umieściły na swych pierwszych stronach wydrukowane wielkimi czcionkami hasło – Ja-My Iwan Gołunow. A potem specjalne, wspólne oświadczenie redakcji i blok materiałów poświęconych aresztowaniu dziennikarza śledczego. Dzienniki były wprost rozchwytywane, wkrótce ich zabrakło, a wieczorem tego samego dnia pojawiły się oferty sprzedaży „kompletu” za niemałą jak na Rosję cenę 15 tys. rubli.

Wtedy już było wiadomo, że w całą sprawę, która z perspektywy władz zaczynała rosnąć zbyt szybko musi wtrącić się Kreml. Zaczęły pojawiać się wypowiedzi przedstawicieli rosyjskiej elity, takich jak przewodnicząca Rady Federacji, Walentina Matwijenko, że aresztowanie dziennikarza dalekie było od profesjonalizmu a liczba popełnionych przez służby błędów wręcz skłania do tego, aby się sprawie przyjrzeć. Tego samego dnia Putin spotkał się z rosyjską rzeczniczką praw obywatelskich i w trakcie tego spotkania, jak się później okazało, podjęto decyzję o tym aby „sprawę zamknąć”. Najpierw odebrano ją lokalnym przedstawicielom służb dochodzeniowych i przekazano Głównemu Komitetowi Śledczemu. Oficjalnie pierwszy poinformował o tym deputowany do Dumy, wiceszef komitetu do walki z korupcją Aleksandr Chinsztejn – Jedna Rosja, wcześniej doradca szefa Gwardii Narodowej Zołotowa, co ciekawe, pisząc o tym, że jest to dobra wiadomość.

W tym czasie dziennikarze broniący Gołunowa zapowiedzieli demonstrację w rosyjskie święto narodowe – 12 czerwca. Zainteresowanie uczestnictwem w niej wyraziło kilkanaście tysięcy osób (sieci społecznościowe), petycję w obronie aresztowanego podpisało 20 tysięcy ludzi. Cały czas trwały nieoficjalne rokowania grupy inicjatywnej z przedstawicielami merostwa. Ci ostatni wywierali presję, aby przenieść akcję protestacyjną z 12 czerwca na 16 czerwca, a merostwo wyda wówczas oficjalną zgodę na jej odbycie. Ale organizatorzy nie chcieli się na takie posunięcie zgodzić i zachodziło z punktu widzenia władz ryzyko, że demonstracja „ukradnie im show” jakim miały być obchody dnia ogłoszenia niepodległości przez Federację Rosyjską. Pozostawienie całej sprawy bez rozwiązania groziło jeszcze innym, znacznie jak się wydaje poważniejszym kłopotem dla obozu władzy. A mianowicie zapowiedziano już przeprowadzenie w nieodległej przyszłości kolejnej gorącej linii z Putinem. W oczywisty sposób miała ona służyć z jednej stronu odbudowie nadwątlonej popularności rosyjskiego prezydenta, ale z drugiej, i to jest chyba ważniejsze de facto rozpocząć kampanię wyborczą na stanowiska gubernatorów, w tym tak ważnych jak w Petersburgu, i do rad miejskich, również w Moskwie. Skala emocji środowiska dziennikarskiego, które coraz trudniej było kontrolować groziła, że coroczny show Putina, przerodzi się w serię niewygodnych pytań zadawanych przez obecnych na sali dziennikarzy. Pytań o panoszenie się siłowików i panujące w Rosji bezprawie. Trzeba było więc problem szybko rozwiązać. I tak też zrobiono. Ujawniono ekspertyzy sporządzone przez resortowych fachowców które dowodziły, że na znalezionych w plecaku Gołunowa paczkach z narkotykami nie ma śladów DNA dziennikarza, o dociskach palców nie ma co mówić, a w związku z tym całe oskarżenie nie jest wiele warte. Margarita Simonian napisała na swoim koncie w jednym z serwisów społecznościowych, a warto pamiętać, że szefowa Russia Today wchodzi w skład komitetu społecznego przy ministrze Spraw Wewnętrznych, że należy docenić ten gest władzy, bo przecież pracujący dla niej eksperci „mogli napisać co chcieli”. Ale już wówczas było wiadomo, że Gołunow wyjdzie na wolność. Niedługo potem szef MSW Kołokolcew wystąpił w telewizji i oświadczył, że dochodzenie przeciw dziennikarzowi zostaje zakończone „z braku dowodów winy”. Jednocześnie zawieszono dwóch generałów, odpowiedzialnych za sprawę, których Putin dzisiaj odwołał. Ale póki co nie mówi się o rozpoczęciu nowego dochodzenia, tym razem związanego z podrzuceniem dziennikarzowi narkotyków.

Demonstracja w obronie Gołunowa odbyła się mimo braku zgody władz na jej przeprowadzenie. W jej trakcie aresztowano według różnych szacunków od 200 do 500 osób, ale służby jak na rosyjskie obyczaje były dość delikatne, zaraz zresztą wszystkich zatrzymanych zwolniono. Trzeba zaznaczyć, że nie była ona wcale liczna bo wcześniej udało się doprowadzić do podziałów wśród zwartego bloku obrońców Gołunowa. Niektórzy z nich opowiadali się za kontynuowaniem protestu, inni, w tym jego macierzysta redakcja była temu przeciw. Skala protestu nie była wielka, nie rozlały się też one na inne ośrodki. Wydaje się, że władza kontroluje sytuację.

Dlaczego tempo reakcji było w tym wypadku kluczowe? Przede wszystkim z tego powodu, że zachodziła obawa przyłączania się, w rozmaitej zresztą formie, do protestu ludzi do tej pory stojących z boku. Najlepszym przykładem jest tutaj Anna Ługańska, młoda dziewczyna, początkująca dziennikarka z portalu nie zajmującego się polityką. Otóż jest ona córką znanego pianisty, który 12 czerwca na Kremlu dostawał od Putina nagrodę państwową. I dziewczyna, która jak potem powiedziała chciała iść na demonstrację, ale rodzice namówili ją aby towarzyszyła im na Kremlu, siedząc w pierwszym rzędzie na wprost Putina ubrała się w koszulkę, na której tymi samymi czcionkami co w gazetach było napisane hasło Ja-My Iwan Gołunow. I nie dość, że Putin który przemawiał, zajmując położoną naprzeciw niej mównicę musiał na to patrzeć (a trzy krzesła obok siedział Miedwiediew), to również relacjonujący obchody dziennikarze, w tym państwowe kanały telewizyjne, nadały temu chcąc nie chcąc odpowiedni rozgłos. Gdyby „sprawa Gołunowa” trwała to z podobnymi demonstracjami, tylko na szerszą skalę należałoby się liczyć. A jest to dla władz tym bardziej niewygodne, że testuje właśnie dwie strategie wyborcze. Pierwsza, nazwijmy ją w skrócie „wolno krytykować”. Na początku tego tygodnia pojawiły się w rosyjskich niezależnych kanałach internetowych informacje, że zgodę na krytykę postępowania „siłowików” wydał Anton Wajno, szef kremlowskiej administracji i dlatego do protestów i obrony Gołunowa przyłączyli się putinowscy dziennikarze. Ta opcja „na krytykę” w najbardziej jak do tej pory skrajny sposób ujawniła się w Chabarowsku, gdzie Jedna Rosja oficjalnie się podzieliła, wyodrębniła się z niej platforma opowiadająca się za reformami i korzystając z ułatwionego dostępu do mediów zaczęła propagować swoją narrację, w której domaganie się zmian i reform jest kluczowym motywem. Ale drugi element strategii wyborczej rosyjskich władz, przynajmniej na poziomie deputowanych jest nie mniej istotny. Otóż chowa się szyld Jednej Rosji, a wysuwa na plan pierwszy kandydatów niezależnych, społeczników, celebrytów, innymi słowy osoby popularne, cieszące się zaufaniem, nie „skażone” udziałem we władzy. W systemie okręgów jednomandatowych mają one sporo szans na sukces, ale pod warunkiem, że uchodziły będą za niezależne i będą w stanie krytycznie wypowiadać się o poczynaniach władzy. Taka historia, jak aresztowanie Gołunowa jest dla nich zarówno testem, jak i doskonałą okazją aby udowodnić swoją niezależność, przynajmniej na poziomie wypowiedzi. Oczywiście pod warunkiem, że sprawa szybko umiera, bo jeśli trwa zbyt długo, to zachodzi ryzyko radykalizowania się owych niezależnych kandydatów, jak to miało miejsce za czasów gorbaczowowskiej pierestrojki.

W tym samym czasie z aresztu miał wyjść koordynator sztabów Nawalnego, odpowiadający za ideę „rozumnego głosowania” Leonid Wołkow. Miał wyjść, ale nie wyszedł, bo zaraz znów go aresztowano. Wołkow odbywał karę za jedną z demonstracji jaką ludzie Nawalnego zorganizowali jesienią ubiegłego roku. Tylko, że teraz z nieoficjalnych informacji wiadomo, że władze chcą go posadzić za każdą z nich po kolei, a było ich tyle, że jeśli tak się stanie to nie wyjdzie z więzienia do października. Lansowana przez Nawalnego, a wdrażana przez Wołkowa idea głosowania na kogokolwiek, byleby na tego samego kandydata i takiego który ma szansę wygrać z obozem władzy, jest potencjalnie dla Kremla niezwykle groźna.

Jak się wydaje ludzie Putina zaczęli grę, trzeba przyznać, że dość ryzykowną, której jednym z elementów, w obliczu narastającej w Rosji fali społecznego niezadowolenia jest odebranie opozycji części atutów związanych z krytyką polityki władzy. Może się okazać, że mimo oczywistej sprawności uruchamia się proces nad którym nie będzie można zapanować, ale na razie, pierwszy kryzys, jak się wydaje władza była w stanie przełamać.



tagi:

MarekBudzisz
13 czerwca 2019 18:13
3     849    14 zaloguj sie by polubić
komentarze:
gorylisko @MarekBudzisz
13 czerwca 2019 22:45

hmmm nihil novi sub sole... generalnie jak się nie zgadzasz z władzą, nie siedzi cicho i nie pijasz piwka z psikiem... to masz przerąbane i tyle... rzecz w tym, że zdaje się ładza radziecka za mało kasy wydaje na potrzeby ludu pracujacego miast i wsi...zaś były ambasador schnepf jest za cienki aby zorganizować zakup su ileś tam zamiast F35... ech żizń, żizń... szkoda człowieka Panie Boże miej go w swojej opiece

zaloguj się by móc komentować

Matka-Scypiona @MarekBudzisz
14 czerwca 2019 06:19

Rosja się rozpada

zaloguj się by móc komentować

smieciu @MarekBudzisz
14 czerwca 2019 09:53

Ciekawe informacje.

Ewidentnie mamy klasyczne przekształcenia władzy, która wyodrębniła z siebie część ludków, których zadaniem będzie się stanie się opozycją. Już jakaś laska z reżimowej rodzinki zakłada koszulkę już jakiemuś dziennikarzowi stawiają beznadziejne zarzuty, już jakoś nie boją się go bronić. Słowem: władza organizuje opozycję „walczącą i opierającą się”, która przejmie władzę. Standardowo. Coś przecież trzeba czasem zmieniać. Tak jak w Polsce PO zamieniono na PiS.

Ale.

Ta zamiana może mieć widowiskowy scenariusz. Możliwe że ci tzw. siłownicy nie będą chcieć oddać władzy i dojdzie do buntu wojskowych i okaże się że Fort Trump stanie się przydatny. Jednak, tak jak piszę od dawna, ta cała operacja nie będzie zbyt długotrwała. I zjednoczone siły kreowanej właśnie demokratycznej opozycji, popartej przez polsko-amerykański sojusz doprowadzą do rosyjskiego przewrotu w Rosji.

A całość będzie okazją do czystek i nowych przekształceń własnościowych. I u nas i w Rosji. Może wreszcie dostaniemy (tak jak Ruskie i Ukraina) ten żydowski zarząd powierniczy na który czekają wyborcy PiS.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować