-

MarekBudzisz

Zamieszki w Gruzji – zastanawiające sploty wydarzeń.

Zdaniem niezależnych dziennikarzy rosyjskich Moskwa zadziwiająco szybko i stanowczo zareagowała na wydarzenia w Tbilisi. Natychmiast po pierwszych informacjach na temat tego co się wydarzyło zwołano posiedzenie Rady Bezpieczeństwa i zaraz potem ogłoszono, że rosyjskie władze zakazują lotów, najpierw była mowa o formach rosyjskich, a potem doprecyzowano, że tym embargo objęte są wszystkie, w tym i gruzińskie linie lotnicze. Warto zwrócić uwagę na oficjalne uzasadnienie takiego kroku. Otóż Putin powiedział, że ma to związek z „antyrosyjską histerią”, która ogarnęła Gruzję i w związku z tym zachodzi obawa o bezpieczeństwo tysięcy rosyjskich turystów odpoczywających w kurortach nad Morzem Czarnym. Opinii Kremla nie zmieniły artykuły, które pojawiły się nawet w rosyjskich mediach, w których przeczytać można świadectwa Rosjan, zarówno tych którzy mieszkają w Gruzji, jak i turystów, że z żadnymi objawami „rusofobii” nigdy się w Gruzji nie zetknęli. Można, zdaniem wypowiadających się w tej sprawie, mówić jedynie o tym, że Gruzinom nie podoba się polityka rosyjskich władz, ale to jeszcze nie jest niechęć do Rosjan, tym bardziej nie rusofobia. Ale nie przeszkodziło to sygnatariuszom listu, bo i taki powstał, w tym i zakorzenionym w Rosji gruzińskim inteligentom napisać, że w Tbilisi „doszli do głosu faszyści” (brzmi znajomo?). Ramzan Kadyrow, znany ze swych wojowniczych wypowiedzi, powiedział komentując całą sprawę, że Gruzini „doigrali się” i najwyraźniej nie odpowiada im, to, że zarobili na rosyjskich turystach w ubiegłym roku 3,5 mld dolarów. Przy okazji powiedział też, co zabrzmiało jak groźba, że od Groznego do Tbilisi jest niecałe 200 kilometrów oraz, że w Rosji mieszka obecnie milion Gruzinów. A trzeba pamiętać, że w Wąwozie Panksi, przez który przebiega szlak komunikacyjny łączący Czeczenię z Gruzję niedawno miały miejsce antyrządowe protesty. W istocie utrata dochodów związanych z rosyjskimi turystami, nadal chętnie przyjeżdżającymi do gruzińskich kurortów, może być też dla gospodarki kraju dotkliwa i zniwelować osiągnięcie obecnego rządu w kwestiach gospodarczych (w ubiegłym roku 5 % poziom wzrostu).

    Wydaje się też, że ostatnie wydarzenia w stolicy Gruzji są kolejną z co najmniej kilku, prowokacji, które miały miejsce w ostatnich tygodniach. To zastanawiające nasilenie się wydarzeń, a zwłaszcza ich koncentracja w czasie, każe zastanawiać się czy mamy do czynienia z przypadkiem, czy może czymś zgoła innym.

    Na początku czerwca w Stanach Zjednoczonych przebywał gruziński premier Mamuka Wachtadze. W skład delegacji wchodził tez minister obrony Lewan Izoria. Premier spotkał się m.in. z szefem Departamentu Stanu Pompeo, który po tej wizycie powiedział m.in. iż „Gruzja nigdy nie straci poparcia Stanów Zjednoczonych”. A minister obrony, po rozmowach w Departamencie Obrony poinformował, że najprawdopodobniej jesienią obydwa kraje podpiszą trzyletnią ramową umowę o współpracy Gruzja – Stany Zjednoczone, co zdaniem Tbilisi nie tylko pomoże realizować plan polegający na poczynieniu kolejnych kroków celem wstąpienia do NATO, ale przede wszystkim wzmocni gruzińską armię. Zapowiedziano też, że w ramach tego porozumienia Tbilisi całkowicie zrezygnuje z zakupów rosyjskiej broni i uzbrojenia, to co jeszcze w arsenałach zostało odda na złom, a zaopatrzenie wojskowe realizować będzie w Stanach Zjednoczonych. O wstąpieniu do NATO mówił w Stanach Zjednoczonych wiele również Wachtadze, argumentując, że jest to cel o charakterze narodowym powszechnie uznawany (80 % Gruzinów jest za), niezależnie od politycznych podziałów. Wcześniej, jeszcze przed wylotem do Waszyngtonu informował on o zamiarze jego kraju, aby uprościć procedury związane z zawijaniem okrętów państw NATO do gruzińskich portów. Ta ostatnia deklaracja została sformułowana w związku ze wspólnymi ćwiczeniami morskimi, jakie miały miejsce w kwietniu. Uczestniczyły w nich jednostki z kilku państw NATO (Turcja, Holandia, Bułgaria, Rumunia) oraz jednostki ochrony wybrzeża Gruzji. Jednak Moskwę najbardziej zaniepokoiły ćwiczenia sztabowców Gruzji oraz 24 państw zarówno z NATO jak i nie wchodzących w skład Sojuszu (Szwecja, Finlandia, Azerbejdżan), które miały miejsce w kwietniu tego roku w Tbilisi. Chodziło nie tylko o skalę przedsięwzięcia, ale i ona została zauważona, ale o dwie inne kwestie. Po pierwsze oficerowie przybyli do Gruzji zostali na czas ćwiczeń formalnie podporządkowani gruzińskiemu Sztabowi Generalnemu, co zdaniem rosyjskich obserwatorów świadczy o postępującej, faktycznej integracji gruzińskich sił zbrojnych z NATO, ale przede wszystkim niepokoi kluczowa kwestia – cel ćwiczeń. Był nim przygotowanie możliwej reakcji państw NATO na zagrożenie bezpieczeństwa państw nie będących członkami Sojuszu i w związku z tym nie podlegającymi ochronie na podstawie art. 5. Zostało to w Rosji dość jednoznacznie odczytane jako rozciągnięcie parasola, a przynajmniej krok w tym kierunku, Paktu nad państwami spoza bloku, które położone są zarówno na południowej – kaukaskiej flance, jak i na Północy.

    Zaniepokojenie tym co się wydarzyło w ostatnich tygodniach w Gruzji musiało być w Moskwie na tyle duże, że dość niespodziewania, w połowie czerwca przy okazji odbywających się w Pradze rutynowych rozmów poświęconych sprawom handlowym i humanitarnym, rosyjski wiceminister spraw zagranicznych Grigorij Karasin rozpoczął dyskusję na temat kierunku gruzińskiej polityki zagranicznej. Przy czym zrobił to w typowy dla rosyjskich dyplomatów, zwłaszcza w odniesieniu do mniejszych i słabszych państw, sposób, tzn. wyznaczając „czerwone linie”, których Gruzja, w jego opinii nie może przekroczyć. Karasin zareagował w ten sposób na słowa szefa Departamentu Stanu, który powiedział po spotkaniu z gruzińskim premierem, że należy rozważyć przyjęcie jego kraju do NATO „w przyspieszonym trybie”. Rosyjski dyplomata zapowiedział, że przyspieszenie w zakresie wstąpienia Gruzji do NATO wpłynie „rujnująco” na wzajemne, rosyjsko – gruzińskie relacje. Jak informowały media strona gruzińska była zaskoczona i zdziwiona zarówno faktem, że Karasin poruszył ten temat, jak i bezceremonialnością tej wypowiedzi, w której jak zauważyli obserwatorzy pobrzmiewały groźne, wojownicze, tony. Ale wystąpienie Karasina to oczywiście nie jedyne posunięcie Rosjan, które ich zdaniem miało najprawdopodobniej, zatrzymać ruch Gruzji w stronę Sojuszu, albo przynajmniej spowodować, że społeczne poparcie dla takiej polityki spadnie.

    Warto zwrócić uwagę w tym kontekście na nagle zaostrzające się dyskusje gruzińsko – azerskie w kwestii wspólnej granicy. Bo trzeba przypomnieć, że mimo upływu 30 lat od rozpadu ZSRR granica ta nie jest jeszcze wytyczona. Pracująca od początku naszego stulecia wspólna komisja zdołała osiągnąć porozumienie w sprawie przebiegu 314 km (z 480), co nie zmienia faktu, że 166 jest nadal spornych, w tym ta część, gdzie znajduje się średniowieczny kompleks klasztorów, nazywanych zbiorczo, kompleksem Dawit Garedża. Za czasów ZSRR klasztory te, znajdujące się w strategicznie ważnym regionie i obejmujące również kluczowe z tego punktu widzenia obszary, były we władaniu armii sowieckiej. Z tego powodu nie było tam dostępu, kwestiami granicy nikt sobie szczególnie nie zawracał głowy. Ale teraz ta sprawa powraca. Zaktywizowali się Gruzini, a zwłaszcza mająca 7 deputowanych niewielka formacja Sojusz Patriotów, która domaga się aby Azerbejdżan oddał Gruzji sporne tereny. Co ciekawe w czasie niedawnego (sprzed tygodnia) wiecu, który patrioci zorganizowali w centrum gruzińskiej stolicy, liderzy formacji, tacy jak Irma Inaszwili domagali się nie tylko zwrotu historycznego dziedzictwa Gruzji, ale również a może przede wszystkim odejścia od polityki której celem jest integracja kraju z NATO. Proponowali w to miejsce przyjęcie opcji na neutralność i współpracę ze wszystkimi. Oczywiście ewentualne rozpoczęcie sporu granicznego z Azerbejdżanem tylko przypadkowo związane jest z niedawnymi informacjami o możliwości otwarcia za kanału zaopatrzenia amerykańskiego kontyngentu w Afganistanie (są tam również żołnierze z Gruzji) przez Morze Kaspijskie.

    Ale to nie jedyny ciekawy obszar aktywności gruzińskich patriotów i tradycjonalistów. Inny miał miejsce w związku z zapowiedzianymi w Tbilisi obchodami „tygodnia LGBT”. Ostro przeciw temu przedsięwzięciu wypowiedziała się gruzińska cerkiew prawosławna, ale jeszcze mocniej zareagował prorosyjski biznesman Lewan Wasadze, który poinformował publicznie o tym, że zamierza zorganizować specjalne bojówki, których celem będzie walka z propagandą geyowską. W stołecznym parku zorganizował on „Zjazd prawych mężczyzn” podczas którego zapowiedział, że powoływana przezeń formacja ma być podzielona na dziesiątki, te zaś będą tworzyły setki. Mają być oni uzbrojeni w pałki a ich głównym celem ma być niedopuszczenie do pochodów i parad LGBT. Taka właśnie paradę zwolennicy biznesmana rozpędzili niedawno w Tbillisi. Co ciekawe, miejsce gdzie Wasadze ogłosił swa deklarację nie jest przypadkowe – w tym samym parku, na początku lat dziewięćdziesiątych powołano do życia bojówki formacji Mchedrioni Jaby Loselianiego, których głównym celem, prócz oczywiście rabunków i wymuszeń, bo Joseliani to był wor w zakonie, była walka z antyrosyjskim prezydentem Zwiadem Gamsachurdią. Niezależnie od ocen aktywności społeczności LGBT trzeba się zgodzić z tym, że rozpędzanie ich legalnych zgromadzeń przez samozwańcze bojówki „strażników moralności” wspierane przez prawosławne duchowieństwo, nie służy wizerunkowi Gruzji, ani w Stanach Zjednoczonych, ani w Europie. Przy okazji ubiegłotygodniowych zajść w związku z parada LGBT trzeba odnotować dość powściągliwą reakcję gruzińskiego MSW na to co się działo na ulicach miasta oraz zaangażowanie Cerkwi. A trzeba pamiętać, że gruzińskie duchowieństwo uchodzi, słusznie zresztą, za silnie prorosyjskie i mocno zinfiltrowane przez rozmaitych rosyjskich agentów wpływu w stylu byłego mera Moskwy Łużkowa.

    I dopiero teraz, po opisaniu kontekstu, choć nie w pełni, bo trzeba byłoby jeszcze przytoczyć napływające informacje na temat tego, że rosyjscy pogranicznicy w maskujących uniformach i z bronią przesunęli, zdaniem Gruzinów, ostatnio swe posterunki i pozycje w kierunku linii rozgraniczenia w Osetii oraz, że odbyły się tam niedawno wybory, nie uznawane przez Tbillisi, można więcej uwagi poświęcić temu co wydarzyło się w piątek i w sobotę w gruzińskiej stolicy.

    Przypomnieć trzeba, że od co najmniej roku wiadomo było, kto kieruje Prawosławnym Zgromadzeniem Parlamentarnym, bo wówczas nastąpiła zmiana na stanowisku przewodniczącego tego powołanego przed laty przez Rosjan i Greków ciała. Podobnie zresztą, mówił o tym w wywiadzie dla rosyjskiego Kommiersanta, bohater wydarzeń, czyli poseł komunistyczny do Dumy Sergiej Gawriłow, już dawno ustalono ze stroną gruzińską jak i gdzie przebiegać będą obrady zaplanowane. Wiedział też o tym przewodniczący gruzińskiego parlamentu z rządzącej formacji Gruzińskie Marzenie, który zresztą w trakcie wystąpienia, które tak rozsierdziło Gruzinów, siedział w pierwszym rzędzie a dopiero potem wyjechał do Baku składając tam wizytę. Jak mówi w wywiadzie dla rosyjskich mediów były gruziński minister spraw zagranicznych Grigoł Waszadze władze doskonale wiedziały kim jest rosyjski deputowany, również z tego względu, że opozycja od co najmniej kilkunastu dni apelowała do rządu aby nie wpuszczać go do Gruzji, właśnie z racji jego wypowiedzi na temat Abchazji. Ale jednak zdecydowano go wpuścić i rozpocząć w budynku parlamentu Gruzji zgromadzenie. Wystąpienie Gawriłowa, posła szerzej w Rosji nieznanego, który zapisał się w pamięci rosyjskich dziennikarzy jako lobbysta sektora obronnego, komunista i nacjonalista, wywołało zdumienie, furię i mobilizację gruzińskiej opinii publicznej. W efekcie tłumy zgromadziły się protestując przed tamtejszym parlamentem. Rosyjską delegację pospiesznie ewakuowano osłaniając ją tarczami i specjalnymi płachtami, bo leciały na deputowanych jajka i butelki z wodą. Zawieziono ich na lotnisko, skąd odlecieli do Moskwy.

    Ale warto zwrócić uwagę na dość zbliżony modus operandi, który miał miejsce w Czarnogórze i Macedonii w przeddzień wstąpienia tych krajów do NATO. Tam również wybuchały gwałtowne zamieszki wzniecane przez siły nacjonalistyczne, które zarzucały rządzącym zdradę interesów narodowych. Tam tez planowano szturm parlamentu, w Macedonii w czasie jednej z takich demonstracji protestujący wdarli się do budynku w którym byli deputowani. Te podobieństwa są dość uderzające. Nie twierdzę, że to co się działo w Tbilisi było zorganizowane przez Moskwie, jednak wyobraźmy sobie co by się działo, gdyby demonstranci weszli do gruzińskiego parlamentu i np. pobili, a może nawet zamordowali rosyjskich deputowanych.

    W tym kontekście warto zwrócić uwagę na dość ciekawe zachowanie gruzińskiego MSZ-u. Otóż znajdujący się przed parlamentem najpierw nie reagowali i demonstracje przebiegała dosyć spokojnie. A nawet, jak mówi w wywiadzie Waszadze nawet padła ze strony sił porządkowych propozycja aby demonstrujący wyłonili swoją reprezentację – 3 osoby, które miały rozmawiać z władzami. I w skład tej grupy wszedł również Waszadze. Z jego relacji wynika, że kiedy zbliżyli się do kordonu po to aby udać się na rozmowy, policja z impetem zaatakowała, zarówno gazem, jak i salwami z broni gładkolufowej. Jak wiadomo rannych w wyniku ostrzału zostało kilkadziesiąt osób w tym bardzo duża liczba relacjonujących zgromadzenie dziennikarzy. Wyglądało to tak, jakby komuś zależało na eskalowaniu napięcia.

    Zastanawia też zróżnicowana reakcja gruzińskiego obozu władzy na to co zaszło. O ile ostro wypowiedziała się prezydent Zurabiszwili nazywając Rosję wrogiem Gruzji a do dymisji podał się zarówno marszałek parlamentu jak i jeden z posłów współorganizujących posiedzenie Prawosławnego Zgromadzenia Parlamentarnego o tyle szef MSW milczy. Nie można wykluczyć, że obserwujemy właśnie rozpad Gruzińskiego Marzenia a przynajmniej rozdźwięk części elit.

    Część rosyjskich mediów widzi w tym co się dzieje w Gruzji spisek, tylko, że organizowany przez Amerykanów. Ich zdaniem o bezpośredniej inspiracji Waszyngtonu świadczy to, że dwa dni przed demonstracją przed gruzińskim parlamentem do Tbilisi przyjechał Michael Carpenter, współpracownik Joe Bidena, który wziął udział w konferencji poświęconej rosyjskim wpływom w krajach postsowieckich. I to on, zdaniem niektórych rosyjskich ekspertów poinstruował gruzińską opozycję co należy robić. Innymi słowy dał komendę do rozpoczęcia zamieszek i domagania się dymisji rządu i przedterminowych wyborów. W wyniku tego co się stało, kilkuletnie wysiłki Moskwy, która chciała normalizacji relacji, zostały storpedowane.

    Jeszcze zbyt wcześnie przesądzać co w istocie w Gruzji się dzieje. Nie ulega jednak wątpliwości, że to kolejny po Armenii, Ukrainie i Mołdawii kraj postsowiecki w którym mają miejsce gruntowne zmiany. W kolejce czeka Białoruś, Kirgizja oraz niewykluczone, że Kazachstan.  



tagi:

MarekBudzisz
23 czerwca 2019 13:51
1     993    1 zaloguj sie by polubić
komentarze:
gorylisko @MarekBudzisz
23 czerwca 2019 15:27

myślę, że prezio Kazachstanu ma tego świadomość i wykonuje ruchy konsolidacyjne oraz ewakuacyjne (tak na wszelikij słucziaj)...ciekawe co Chiny na to ?

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować